Facebook

Poniższe zbierało mi się już od dłuższego czasu ale do tej pory nie było czasu a nie chciałem skracać. Zanim przejdę jednak do meritum – kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, poniższego nie należy odbierać jako krytyki – nawet jeśli ktoś rozpozna swoje nawyki. Moje spostrzeżenia oparte są na dosyć długiej obserwacji bardzo wielu osób narodowości przeróżnej. Owszem, jest w nich pewne wezwanie do zmiany ale wzywać to ja sobie mogę długo i przepięknie a każdy i tak będzie robił swoje. Nawet jeśli pojawiają się tu frazy typu “razi mnie”, to odnoszą się one do pewnego rodzaju praktyk a nie konkretnych osób. Po drugie, nie jest to żadna anty-Fejsbukowa krucjata – powinno być to oczywiste dla każdego, kto uważnie przeczyta ten wpis.Sam Fejsia używam z mniejszą bądź większą częstotliwością i niezależnie od różnego rodzaju zastrzeżeń do jego polityki prywatnościowej, podobnie jak inne media (bo stał się on de facto czymś więcej niż tylko softwarową platformą) może być on bardzo przydatny jeśli używa się go do właściwych celów. A wpis niniejszy dotyczy właśnie użyć niewłaściwych czy nawet szkodliwych.

Już w tym momencie można by zaoponować – jeśli chodzi o użycie programów czy serwisów nie ma czegoś takiego jak użycia niewłaściwe. To życie i użytkownicy na bieżąco i dynamicznie kształtują ich uzus – jak to napisał w “Burning Chrome” Gibson, “the street finds its own uses for things”. Jest to prawda i daleki jestem od narzucania komukolwiek czy nawet proponowania jakiejkolwiek kodyfikacji. Jednocześnie powinniśmy być świadomi – a moim zdaniem większość użytkowników nie jest – jakie są konsekwencje niepohamowanego i bezrefleksyjnego pisania wszystkiego na FB. Ale najpierw cofnę się o pół kroku.

Do czego nadaje się Fejsbuk? Przede wszystkim do tego, aby na bieżąco informować naszych znajomych, przyjaciół czy kolegów o tym, co dzieje się w naszym życiu – na jakim ognisku byliśmy, jaki klip na YouTubie spodobał się nam bądź komentarz w telewizji rozsierdził nas na tyle aby podzielić się z innymi, o tym, że rozbiliśmy samochód albo że znaleźliśmy fajną stronę. Pojawiają się więc zdjęcia, klipy, linki i krótkie opisy. I są to formy bardzo pożyteczne. Raz, że oszczędzają nam one wiele czasu – nie musimy opisywać każdej osobie z jakimi przygodami szukaliśmy monitora w Riverside. Dwa, na pewno są o wiele zręczniejsze i sprawiają wrażenie bardziej osobistych (chociaż w rzeczywistości takie nie są) niż listy-cyrkularze, które kiedyś pisaliśmy na papierze bądź emailowo a dodatkowo – potencjalnie – włączają do rozmowy inne osoby, które mogą mnie zawczasu ostrzec aby nie kupować monitorów Hannspree bo to badziewie. Trzy, szczególnie komentarze dają możliwość wielostronnych pogaduszek – takich “social small talk” – osób, które na co dzień nie spotykają się w realu. Cztery, dzięki wrzutkom naszych “przyjaciół” możemy co jakiś czas odkryć nowy zespół, książkę, czy film.

(Celowo pomijam w tym momencie fakt, że nasze updaty są czytane przez wszystkich tzw. “friends” – czyli potencjalnie zarówno bliskich przyjaciół, dalszych znajomych, ludzi z pracy i wszystkich, których zapraszamy bądź akceptujemy, a sądząc po przeciętnej liczbie “friends” użytkowników są to baardzo zróżnicowane kręgi empatyczne. FB oferuje – chyba - co prawda możliwość definiowania grup i udostępniania takich czy innych wpisów danym grupom ale ręka w górę kto używa tej opcji. No właśnie, tak myślałem.)

Podsumowając więc, Fejsbuk ma swoje miejsce w całościowym ekosystemie mediów internetowych – ale, ciągnąc ekologiczną analogię, wielu użytkowników bezrefleksyjnie ów ekosystem trzebi, zamieniając go w niebieską monokulturę. Bo czy naprawdę rozmowa między dwoma osobami umawiającymi się na rogu Krakowskiego Przedmieścia na kawę jest czymś przeznaczonym dla pozostałych 354 “friends”? Czy zajmujące po 70 komentarzy przekomarzanki na słówka rzeczywiście są interesujące dla wszystkich naszych “przyjaciół”? Jaki jest sens uzewnętrzniania się (nic złego w samym akcie) ale w ogólnikowo-kryptyczny sposób, żeby tylko 2 z 400 osób zrozumiały o o co chodzi? Albo wywieszania do wiadomości całej naszej listy gwałtownych wybuchów ekstazy czy złości, które potem kasujemy bo nawet nam samym głupio, wstyd i w ogóle kwas? Wlewa się więc w fejsia całość naszego cyfrowego życia – tyle, że połowa z niego po 12 godzinach i dla 99% “przyjaciół” staje się bełkotem. Bełkotem zatruwającym cyfrowe fale naszym listowiczom, którzy – przynajmniej czasem – czują się z dobrej woli zobowiązani aby śledzić nasze życie chociaż tak często nie są w kręgu wtajemniczonych.

Spieszę od razu zaznaczyć, że doskonale rozumiem potrzebę ekspresji i sieciowego samo-kreowania (w sensie psychologicznym a nie popularnym pejoratywnym). Jak i to, że spora część tego kim jesteśmy budowana jest, przepraszam za żargon, performatywnie a media cyfrowe ostatnich 10 lat dostarczyły nam cały szereg scen, na których wszyscy możemy lepić, kształtować i testować poczucie naszego “ja”. Tak jest i polemika czy to dobrze czy źle nie ma nawet sensu. Ale czy akty, o których piszę w poprzednim paragrafie muszą odbywać się na fejsbuku, który w dodatku na cały szereg sposobów ogranicza głebie i zakres tego, co tak naprawdę chcemy przekazac? Dlaczego szybkie umawianki i przekomarzanki nie mogą odbywać się smsowo albo na GaduGadu, GTalkach i innych? Dlaczego nasze emocjonalne wzloty i upadki nie mogą odbywać się na blogach (a lista tzw. providerów usług blogowych jest tak długa, że mało prawdopodobne jest, że przypadkowo znajdzie nas ktoś, kto nas znaleźć nie ma), których adresy dajemy tylko tym, przed którymi nie wstydzimy się wywnętrzniać?

Nie zalewamy wtedy szczerze zainteresowanych nami osób banalnymi gadkami, o ktorej na rogu z kimś innym ani też nie musimy się hamować podczas wylewania żalu. Nie czyńmy z FB jedynego ale też w dużej części nie do końca szczerego ze względu na powyższe ograniczenia repozytorium naszego cyfrowego życia – tylko dlatego, że wejście na drugą stronę to taki straszny wysiłek a na fejsiu przecież wszystko i szybko. A póki co, sami spedzamy [czytaj: marnujemy] godziny przeglądając posty “przyjaciół”, z 96% których nie wynosimy nawet prawdziwej wiedzy o tym, co dzieje się w ich życiu bo albo były słowne bierki albo w 18 komentarzu dowiadujemy się, że esencja tego, o co chodzi we wpisie poszła na priva do jednej tylko osoby. A nie można było od razu email albo GG do tej osoby?

Monokultura medialna jest niebezpieczna nie tylko na poziomie makro, biznesowym i technologicznym, ale i na mikro – osobistym. Fejsbuk formatuje nasze cyfrowe życie według jednego szablonu (w którym między innymi nasz wpis może mieć maksimum 5000 znaków ale czyjś komentarz już nawet 20,000 a pewnie i więcej), który nadaje się tylko do pewnego rodzaju wyrazu i pewnego rodzaju interakcji. Używajmy komunikatory, blogi, serwisy zdjęciowe i email – nasze odsłanianie się będzie i pełniejsze i lepiej ukierunkowane. A i też bardziej bezpieczne dla nas samych. Niezależnie od reguł dostępności/widoczności naszych wpisów, Fejsbuk ma notorycznie kontrowersyjne zasady prywatności. Każda napisana “k…a”, zdjęcie z super imprezy czy opublikowany link zostają na serwerach firmy nawet jeśli skasujecie je bądź uniewidocznicie – i są one na twardo przypisane do waszego imienia i nazwiska. Owszem, Google czy serwisy blogowe też mogą zbierać moje info na wieczną pamiątkę (chociaż przynajmniej nominalne ich SLA są o niebo lepsze od FB),ale przy zachowaniu pewnych podstawowych zasad ostrożności, potencjalnym niechcianym zainteresowanym będzie o wiele trudniej przyłożyć je do naszej twarzy i nazwiska.

Używajmy więc fejsia do tego, do czego całkiem zgrabnie się nadaje. Całą resztę przenieśmy gdzie indziej. Niech żyje cyfrowa dywersyfikacja! Napisałem ja. Komentarze mile widziane.

Comments 10

  1. Ana wrote:

    A dyskusja toczy się na fb.
    Jaka ładna ironia.

    Posted 29 Oct 2011 at 4:59 am
  2. Nomad93 wrote:

    Nieprawdaż? Ironia ale i smutne potwierdzenie tego, o czym pisałem.

    Posted 29 Oct 2011 at 6:31 am
  3. Przemo wrote:

    Pawciu, swietnie napisane. Wiosną w Pradze zobaczyłem młodego ludzia w koszulce: FUCK FACEBOOK-I HAVE A LIFE. Znam takich dla których fejs jest rzeczywistością nadrzędną.

    Posted 30 Oct 2011 at 11:07 am
  4. p@# wrote:

    Craaaap! Tzn, nie zgadzam się z przedmówcą, ale szanuję jego zdanie.

    /ten komentarz miał pójść na fb, ale fb nie lubi się z operą. Chyba nigdy nie skomentowałem wpisu na blogu… i to też jest głos w dyskusji dot. fb/

    Nie (?) chciałbym banalizować, ale czy ty nie próbujesz wyznaczać fb do’s and don’ts (pisz o sobie – ale nie za bardzo, bo masz 221znajomych // czuj się wolny w swojej ekspresji – ale niech ta wolność nie skupia się na 2 osobach // nie publikuj czegoś, co będziesz chciał wykasować, bo fejsbuk pamięta, nawet jak wykasujesz).

    Jako komentarz do rzeczywistości – fajnie, niech będzie. Mesjanizm jednak trochę gryzie, albo mi trudno zrozumieć apel o pożądkowanie profili i dojrzałość fb-emocjonalną.

    Wizerunkowym zwycięstwem fb było ośmielenie użytkowników do własnej ‘ekspresji’ (na taką skalę nie zrobiły tego blogi, fora, usenet, twitter itp.).

    Każdy z milionów użytkowników fb będzie miał własne podejście do profilu – twiterrowcy, komórkowcy, didżeje, cierpiący romantycy, fotografowie, poeci… Nigdy ich nie nauczysz ekonomii i ekologii komunikacji, to wiem z pierwszych akapitów.

    Tylko ja nie wiem, dzlaczego ich edukować. To ich profil, ich błędy, ich styl. Chcesz się produkować homerem, proszęsz cięsz bardzo. Chcesz cierpieć – cierp, a nuż ktoś zrozumie albo przypadkiem do kanonu trafisz.

    Śmietnik fb jest jego magią – pozwala użytkownikom czuć się pół-anonimowo, ośmiela. Czytanie strony głównej fb (tzn ta strona z miksem tekstów znajomych ulozona chronologicznie/popularnoscią) to trochę jak oglądanie patchworku. A że niektóre skrawki słabsze, to imho dobrze. Jak ci się noga omsknie, to przynajmniej nikt nie zauważy.

    FB wygrywa w jeszcze jeden sposób. Takiego komentarza nie napisałbym na blogu, bo byłoby mi wstyd. Na fb? Lajcik, jak stwierdzę, że żenua, to zawsze mogę dodać, że napierdolony byłem i chuj. Czyjaś przestrzeń, ale moja – zaakceptowana przez daną osobę – obecność, więc mogę się zluzować z konwenansami.

    A blog, to jednak przestrzeń publiczna… i rozrabiać nie wypada :]

    Pees i nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że jedynym sposobem zarządzania contentem fb, jest zarządzanie “znajomymi”. A to w zasadzie mija się z sensem fb. Jak będziesz miał 30 prawdziwych znajomych, to każda twoja aktywność będzie adresowana do próżni.

    Posted 31 Oct 2011 at 3:05 am
  5. Nomad93 wrote:

    Ha, w końcu jakaś polemika – żeby sie nie pogubić odpowiem w punktach.

    0) mesjanizmem bym tego zdecydowanie nie nazwał :) – nieco idealistyczną wizją może, ale też koniec końców też mi o co coś innego chodziło – to końcowe wezwanie (miało być trochę samo-ironiczne ale pewnie znowu mi nie wyszło) mimo wszystko jest podporządkowane czemu innemu – wezwania do zastanowienia się nad niewidocznymi skutkami fb-owania.

    1) do’s i don’ts zdecydowanie nie próbuje wyznaczać – przecież napisałem, że uzus i ulica etc. ale też różne media i technologie nadają się lepiej i gorzej do różnych rzeczy. Owszem, można blogować przy pomocy Twittera – ale nie będzie to bez wpływu na zawartość naszych doniesień;

    2) zgadzam się oczywiście co do tego, że FB dobry jest właśnie do różnych luźnych pogaduch etc – to miałem na myśli kiedy pisałem o “social small talk” – a więc porządkowania profili ani dojrzałości specjalnie nie oczekuję – na pogaduchy i srutututu też jest miejsce w życiu.

    NATOMIAST nie zgadzam się z jednym z Twoich stwierdzeń, które ma daleko idące konsekwencje – a raczej dotyczy takowych

    3) bo tak naprawdę pytanie brzmi – czy to FB ośmielił użytkowników i zachęcił do własnej “ekspresji” (czyli niby odpowiedział na istniejące wcześniej ale niemożliwe do zrealizowania drzemiące zapotrzebowanie – stał się niejako lustrem tego co w ludziach było) czy też – czy FB sam taką potrzebę, czy nawet iluzję potrzeby, tworzy?

    Odpowiedź nie jest oczywiście czarno-biała ale osobiście – patrząc na historię różnych wcześniejszych mediów i technologii a jednocześnie na to co dzieje się na fejsiu – uważam, że w dużym stopniu to drugie. I jeśli jesteśmy tego świadomi to ok bo też poza kulturę i poza techniki strasznie jest trudno wykroczyć. Problem w tym, że wiele osób nie jest a towarzyszy temu biednienie naszej cyfrowej ekologii.

    Piszesz, że blogi, usenet, twitter, fora etc – wszystko zgoda ale każdy z tych kanałów trochę czemu innemu służy. I efektywny marketing firm i świadome dokumentowanie swojego życia online (powody nie są w tym momencie ważne) działają najlepiej kiedy używa się ich wszystkich razem. A tymczasem coraz częściej wiele osób, które jeszcze kilka lat temu miały i bloga i komunikatora i email i konto na Flickrze czy Picasa WebAlbums, przesiada się na FB. Jeśli są tego świadomi w czym jest to lepsze (nie licząc dziwnie pojętej wygody, że logowanie się na jeden serwis to mniejsza “praca” niz logowanie się na trzy serwisy) od tej różnorodności to ok. Ale wydaje mi się, że często – za często – działa też instynkt stadny i to w dodatku nieuświadomiony.

    Blogi były często naiwne ale szczere bo czasem tylko wybrani znajomi wiedzieli, że się miało – można było pisać ile się chciało i jak się chciało. Na FB ograniczona ilość znaków i nawet kursywy nie można zrobić albo podkreślenia a do tego jednak – wciąż tego się trzymam – ta ciągła ostrożność co by za dużo nie powiedzieć bo zbyt publicznie. Fora – może i mało przejrzyste w strukturze – ale o brak zażartości dyskusji trudno wiele z nich byłoby oskarżyć plus były mini kopalniami kolektywnej i głebokiej wiedzy o różnych rzeczach – nawet jeśli to były bardzo wąskie i ezoteryczne tematy. O emailowych listach dyskusyjnych nawet nie wspomne. A na fejsiu dyskusje w 97% wiemy jakie – czysto reaktywne. A do tego wszystkiego, kolektywnie FB nie staje się nawet porządnym archiwum tego naszego życia bo ani dobrego wyszukiwania nie ma, ani porządnej hierarchii poza ogólną chronologiczną – więc wlewa się to wszystko w jedno miejsce ale dalej niż parę tygodni ta pamieć nie sięga. Patchwork możesz zawsze cały rozłożyć i pooglądać nawet jeśli pół podłogi w jadalni zajmie – na fejsiu się tak nie da.

    I wszystko to ma jeszcze jedno dno – $$$. Skąd bierze się wartość rynkowa FB, która według http://is.gd/bRYqzu na koniec września 2011 wynosi ponad 82 miliardy dolarów! W ostatnich latach o ślepy zapał trudno inwestorów posądzać – a tutaj 82 miliardy firmy, ktora nie ma nawet reklam! W dużej części stąd, że ta samo-samoekpresja i te całe cyfrowe życia wlewane w jedno miejsce to mokry sen nowego pokolenia marketingowców wspomaganego przez softwary do profilowania i podobne wynalazki i niewyczerpana kopalnia wiedzy na temat milionów potencjalnych konsumentów. To samo info z blogów, for i innych byłoby o wiele trudniej zebrać – bo rozproszenie, bo spora doza anonimowości etc. A tutaj – ładnie na talerzyku podajemy przyszłym marketingowcom. Może to utopizm i idealizm ale dla mnie to bardzo bardzo niefajne.

    Ulica może i tworzy swoje użycia, ale wcale to nie oznacza, że wszystkie to użycia dobre i że należy je przyjmować. Bo “ulica” zbyt często ściaga zgodnie z zasadą entropii do poziomu metaforycznego chleba i igrzysk. Więc dlatego trzeba edukować – bo ten styl o którym piszesz to nie “ich” tylko fejsbookowy, narzucony przez format, ograniczenia techniczne i ciągłą świadomość, że musisz się pokazać przed tymi setkami osób więc ani za szczerze ani za poważnie nie można. I to jest ok jeśli szczerze i poważnie gdzieś indziej robimy – tylko, że jest to troszkę trudniejsze. A tymczasem fejsio kusi swoją łatwością.

    Reasumując – może i moje założenia są idealistyczne i wiem, że kijem rzeki nie zawrócę. Ale mogę go rzucić chociaż jednej osobie co by sobie go jako marne wiosło wzieła. A czy popłynie szybciej w dół czy do brzegu się skieruje to już będzie własny wybór. Gee, mam nadzieję, że to za patetycznie nie zabrzmiało. W każdym razie, you know what I mean.

    Posted 31 Oct 2011 at 7:25 am
  6. Nomad93 wrote:

    A to jako afterword :)https://www.eff.org/deeplinks/2010/04/facebook-timeline/

    Posted 01 Nov 2011 at 6:13 am
  7. Karol L wrote:

    Osobiście nie widzę siebie piszącego co innego na blogu a co innego na fejsie, bo tu można troszkę poważniej a tu nie wypada czy też to nie od tego medium. W dzisiejszych czasach nawet murek, na który leją półżywe żule może stać się medium służącym do przekazania „czegoś” za pomocą farby w sprayu, no ale o cyfrowym świecie mowa.
    Sądzę, że to “do’s i don’ts” (p@#) to trafna uwaga, a “ale też różne media i technologie nadają się lepiej i gorzej do różnych rzeczy” (Nomad93) to tak naprawdę parafraza, że na facebooku do this, this and this, but don’t do that, that and that bo do tego są lepsze media. Portal społecznościowy musi zresztą zawierać swoją cyberprzestrzenną dawkę ludzi, którzy lubią napie***ać w autobusach muzę z telefonu, lub emitować konwersacje multiuserowe, tak by słyszeli przede wszystkim ci, którym się głupio wydaje że w nich nie uczestniczą. Nie widzę problemu, by takich ludzi troszkę opier**lić i cieszę się, że ktoś to robi, chociaż wiem że „poniższego nie należy odbierać jako krytyki – nawet jeśli ktoś rozpozna swoje nawyki” (Nomad93). To cytowane nie ma kompletnie znaczenia, bo kto rozpoznał swoje nawyki ten z automatu poczuje się krytykowany – i dobrze. Cyberświat to dziwne miejsce, gdzie okazuje się, że ktoś o osobowości zdechłego szynszyla wypruwa z siebie opasłe tomy mądrych, czy szatańskich wersetów. Ci, którzy czują potrzebę wykrzyczeć się na fejsie o tym, że złamał się paznokieć, taką samą potrzebę pewnie mają i w „realu”, z tym że nie wszyscy to czynią bo na całe szczęście pogrzebani są pod bezpieczną pierzyną własnych inhibitorów – tzn. całe szczęście dla innych jadących akurat tym samym autobusem. Pytanie padło, po co takich ludzi „nawracać”. Cóż, ja osobiście preferuję IDon’tGiveAfuck’izm ale ci, którzy z „nawracania” zrobili sposób na życie, np. nauczyciele wszelkiej maści – nie widzę czemu mieliby chociaż nie spróbować. Na początku napisałem, że sam bariery między blogiem a fb nie widzę (tzn. między fb a czymkolwiek innym) bo sądzę, że jeśli tylko odróżniam, że „chodźmy dziś do KejEfSi” jest wiadomością typu priv a „globalne ocieplenie to ściema” już niekoniecznie, to moje komentarze są relatywnie na miejscu gdziekolwiek dany temat jest poruszony, lub gdziekolwiek sam decyduję się go poruszyć. Jeśli jest to blog to decyduję się na mniejszą poczytność i większą staranność, jeśli fb – pewnie odwrotnie, no ale to już mój wybór i jestem świadom praw i obowiązków.
    Podsumowując, każdy ma prawo pisać bzdety gdzie chce. Każdy ma prawo takiego każdego uważać za [wstaw co chcesz], lub skierować delikatnie dłoń do swego czoła i dać temu wyraz w słowach.

    Posted 01 Nov 2011 at 6:19 pm
  8. Nomad93 wrote:

    Hm, to postaram sie krótko. :)

    1) Dos i donts a rozne media nadaja sie do roznych rzeczy to absolutnie nie parafraza i nie to samo. Do’s i don’ts, ktorych nie sugeruje (nie chce juz po raz enty przytaczac odpowiedniego fragmentu z oryginalnego postu), to zalecenia. “Nadawalność się” mediów to sprawa ich technicznych ograniczeń i kręgu odbiorców. Na FB więcej niż 5000 znaków nie napiszesz (chyba, że w Notes ale ich widoczność jest zupełnie inna niż nawet komentarzy) a to już jest dosyć poważne ograniczenie. Podobnych ograniczeń jest cały szereg (nie chcę tu wymieniać ale w razie czego mogę zrobić nawet ładną tabelkę :) ) i to one decydują, że do pewnych rzeczy się marnie nadaje. Różnic między blogami a FB (tak samo jak między telewizją i kinem czy DVD a VHS) i tym jakie nawyki “pisarskie” i społeczne narzucają są jeśli nie dziesiątki to przynajmniej kilkanaście a kilka z nich bardzo fundamentalnych.

    Po drugie, jeśli piszę, żeby nie odbierać jako krytyki to mam to na myśli. :) W moim świecie możliwe jest mówienie o mediach i nawykach jakie wyrabiają bez odnoszenia się do konkretnych osób – ale rozumiem, że są też inne światy. I ok.

    Po ostatnie – oczywiście zgadzam się, że każdy ma prawo pisać co chce i gdzie chce i ja ani przez sekundę tego prawa nie odbieram. Natomiast zwracanie uwagi na pewne niewidoczne aspekty takich czy innych praktyk to zupełnia inna sprawa.

    Posted 01 Nov 2011 at 8:14 pm
  9. Karol L wrote:

    A ja tego nie kupuje :P Tzn. pewnie w idealnym świecie da się komuś powiedzieć „to co robisz jest głupie ale bez obrazy” a ten ktoś rzeczywiście nie weźmie tego do siebie. Chcesz powiedzieć, że jeśli spotkałbyś się ze słuszną krytyką irytujących zachowań, które tak się składa pasowałyby również do Ciebie to nie wziąłbyś tego osobiście ? Nawet najwięksi mistrzowie zen tego nie potrafią imho :P Co do limitów znaków etc., cóż, niektórzy są przyzwyczajeni do wyrażania myśli nie w min. X stronach a max. X stronach ew. dokładnie X stronach tekstu, czasem to pewnie problem, czasem nie. Mimo wszystko nie widzę przyczyn czemu na fb nie można by poruszyć teorii sieci neuronowych a chwilkę później dyskusji nt. jakiegoś serialu lub postu – żartu. Ale nie o to przecież tu chodzi. Z Twojego tekstu wynika, że praktyki które Cię rażą to takie, które się nie kwalifikują nawet jako rozrywkowe, np. post na tablicy kierowany do 2ch osób (chociaż ja np. mam ubaw jak widzę moich znajomych „czatujących” postami na fb tak aby cały świat widział, przy czym owi znajomi znajdują się w tym samym pomieszczeniu :P).

    Posted 02 Nov 2011 at 1:25 pm
  10. Nomad93 wrote:

    Huh – oczywiście, że możesz nie kupować :) i masz do tego prawo. Ja napisałem jak do tego podchodzę.

    Co do limitu znaków – jasne, ale co innego jeśli zwięzłość jest Twoim własnym opcjonalnym przyzwyczajeniem a co innego jeśli jest z góry narzuconym ograniczeniem, z którym nic nie możesz zrobić. Różnica taka jak między surową dietą a głodem.

    Posted 02 Nov 2011 at 6:14 pm

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *