Facebook

Poniższe zbierało mi się już od dłuższego czasu ale do tej pory nie było czasu a nie chciałem skracać. Zanim przejdę jednak do meritum – kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, poniższego nie należy odbierać jako krytyki – nawet jeśli ktoś rozpozna swoje nawyki. Moje spostrzeżenia oparte są na dosyć długiej obserwacji bardzo wielu osób narodowości przeróżnej. Owszem, jest w nich pewne wezwanie do zmiany ale wzywać to ja sobie mogę długo i przepięknie a każdy i tak będzie robił swoje. Nawet jeśli pojawiają się tu frazy typu “razi mnie”, to odnoszą się one do pewnego rodzaju praktyk a nie konkretnych osób. Po drugie, nie jest to żadna anty-Fejsbukowa krucjata – powinno być to oczywiste dla każdego, kto uważnie przeczyta ten wpis.Sam Fejsia używam z mniejszą bądź większą częstotliwością i niezależnie od różnego rodzaju zastrzeżeń do jego polityki prywatnościowej, podobnie jak inne media (bo stał się on de facto czymś więcej niż tylko softwarową platformą) może być on bardzo przydatny jeśli używa się go do właściwych celów. A wpis niniejszy dotyczy właśnie użyć niewłaściwych czy nawet szkodliwych.

Już w tym momencie można by zaoponować – jeśli chodzi o użycie programów czy serwisów nie ma czegoś takiego jak użycia niewłaściwe. To życie i użytkownicy na bieżąco i dynamicznie kształtują ich uzus – jak to napisał w “Burning Chrome” Gibson, “the street finds its own uses for things”. Jest to prawda i daleki jestem od narzucania komukolwiek czy nawet proponowania jakiejkolwiek kodyfikacji. Jednocześnie powinniśmy być świadomi – a moim zdaniem większość użytkowników nie jest – jakie są konsekwencje niepohamowanego i bezrefleksyjnego pisania wszystkiego na FB. Ale najpierw cofnę się o pół kroku.

Do czego nadaje się Fejsbuk? Przede wszystkim do tego, aby na bieżąco informować naszych znajomych, przyjaciół czy kolegów o tym, co dzieje się w naszym życiu – na jakim ognisku byliśmy, jaki klip na YouTubie spodobał się nam bądź komentarz w telewizji rozsierdził nas na tyle aby podzielić się z innymi, o tym, że rozbiliśmy samochód albo że znaleźliśmy fajną stronę. Pojawiają się więc zdjęcia, klipy, linki i krótkie opisy. I są to formy bardzo pożyteczne. Raz, że oszczędzają nam one wiele czasu – nie musimy opisywać każdej osobie z jakimi przygodami szukaliśmy monitora w Riverside. Dwa, na pewno są o wiele zręczniejsze i sprawiają wrażenie bardziej osobistych (chociaż w rzeczywistości takie nie są) niż listy-cyrkularze, które kiedyś pisaliśmy na papierze bądź emailowo a dodatkowo – potencjalnie – włączają do rozmowy inne osoby, które mogą mnie zawczasu ostrzec aby nie kupować monitorów Hannspree bo to badziewie. Trzy, szczególnie komentarze dają możliwość wielostronnych pogaduszek – takich “social small talk” – osób, które na co dzień nie spotykają się w realu. Cztery, dzięki wrzutkom naszych “przyjaciół” możemy co jakiś czas odkryć nowy zespół, książkę, czy film.

(Celowo pomijam w tym momencie fakt, że nasze updaty są czytane przez wszystkich tzw. “friends” – czyli potencjalnie zarówno bliskich przyjaciół, dalszych znajomych, ludzi z pracy i wszystkich, których zapraszamy bądź akceptujemy, a sądząc po przeciętnej liczbie “friends” użytkowników są to baardzo zróżnicowane kręgi empatyczne. FB oferuje – chyba – co prawda możliwość definiowania grup i udostępniania takich czy innych wpisów danym grupom ale ręka w górę kto używa tej opcji. No właśnie, tak myślałem.)

Podsumowając więc, Fejsbuk ma swoje miejsce w całościowym ekosystemie mediów internetowych – ale, ciągnąc ekologiczną analogię, wielu użytkowników bezrefleksyjnie ów ekosystem trzebi, zamieniając go w niebieską monokulturę. Bo czy naprawdę rozmowa między dwoma osobami umawiającymi się na rogu Krakowskiego Przedmieścia na kawę jest czymś przeznaczonym dla pozostałych 354 “friends”? Czy zajmujące po 70 komentarzy przekomarzanki na słówka rzeczywiście są interesujące dla wszystkich naszych “przyjaciół”? Jaki jest sens uzewnętrzniania się (nic złego w samym akcie) ale w ogólnikowo-kryptyczny sposób, żeby tylko 2 z 400 osób zrozumiały o o co chodzi? Albo wywieszania do wiadomości całej naszej listy gwałtownych wybuchów ekstazy czy złości, które potem kasujemy bo nawet nam samym głupio, wstyd i w ogóle kwas? Wlewa się więc w fejsia całość naszego cyfrowego życia – tyle, że połowa z niego po 12 godzinach i dla 99% “przyjaciół” staje się bełkotem. Bełkotem zatruwającym cyfrowe fale naszym listowiczom, którzy – przynajmniej czasem – czują się z dobrej woli zobowiązani aby śledzić nasze życie chociaż tak często nie są w kręgu wtajemniczonych.

Spieszę od razu zaznaczyć, że doskonale rozumiem potrzebę ekspresji i sieciowego samo-kreowania (w sensie psychologicznym a nie popularnym pejoratywnym). Jak i to, że spora część tego kim jesteśmy budowana jest, przepraszam za żargon, performatywnie a media cyfrowe ostatnich 10 lat dostarczyły nam cały szereg scen, na których wszyscy możemy lepić, kształtować i testować poczucie naszego “ja”. Tak jest i polemika czy to dobrze czy źle nie ma nawet sensu. Ale czy akty, o których piszę w poprzednim paragrafie muszą odbywać się na fejsbuku, który w dodatku na cały szereg sposobów ogranicza głebie i zakres tego, co tak naprawdę chcemy przekazac? Dlaczego szybkie umawianki i przekomarzanki nie mogą odbywać się smsowo albo na GaduGadu, GTalkach i innych? Dlaczego nasze emocjonalne wzloty i upadki nie mogą odbywać się na blogach (a lista tzw. providerów usług blogowych jest tak długa, że mało prawdopodobne jest, że przypadkowo znajdzie nas ktoś, kto nas znaleźć nie ma), których adresy dajemy tylko tym, przed którymi nie wstydzimy się wywnętrzniać?

Nie zalewamy wtedy szczerze zainteresowanych nami osób banalnymi gadkami, o ktorej na rogu z kimś innym ani też nie musimy się hamować podczas wylewania żalu. Nie czyńmy z FB jedynego ale też w dużej części nie do końca szczerego ze względu na powyższe ograniczenia repozytorium naszego cyfrowego życia – tylko dlatego, że wejście na drugą stronę to taki straszny wysiłek a na fejsiu przecież wszystko i szybko. A póki co, sami spedzamy [czytaj: marnujemy] godziny przeglądając posty “przyjaciół”, z 96% których nie wynosimy nawet prawdziwej wiedzy o tym, co dzieje się w ich życiu bo albo były słowne bierki albo w 18 komentarzu dowiadujemy się, że esencja tego, o co chodzi we wpisie poszła na priva do jednej tylko osoby. A nie można było od razu email albo GG do tej osoby?

Monokultura medialna jest niebezpieczna nie tylko na poziomie makro, biznesowym i technologicznym, ale i na mikro – osobistym. Fejsbuk formatuje nasze cyfrowe życie według jednego szablonu (w którym między innymi nasz wpis może mieć maksimum 5000 znaków ale czyjś komentarz już nawet 20,000 a pewnie i więcej), który nadaje się tylko do pewnego rodzaju wyrazu i pewnego rodzaju interakcji. Używajmy komunikatory, blogi, serwisy zdjęciowe i email – nasze odsłanianie się będzie i pełniejsze i lepiej ukierunkowane. A i też bardziej bezpieczne dla nas samych. Niezależnie od reguł dostępności/widoczności naszych wpisów, Fejsbuk ma notorycznie kontrowersyjne zasady prywatności. Każda napisana “k…a”, zdjęcie z super imprezy czy opublikowany link zostają na serwerach firmy nawet jeśli skasujecie je bądź uniewidocznicie – i są one na twardo przypisane do waszego imienia i nazwiska. Owszem, Google czy serwisy blogowe też mogą zbierać moje info na wieczną pamiątkę (chociaż przynajmniej nominalne ich SLA są o niebo lepsze od FB),ale przy zachowaniu pewnych podstawowych zasad ostrożności, potencjalnym niechcianym zainteresowanym będzie o wiele trudniej przyłożyć je do naszej twarzy i nazwiska.

Używajmy więc fejsia do tego, do czego całkiem zgrabnie się nadaje. Całą resztę przenieśmy gdzie indziej. Niech żyje cyfrowa dywersyfikacja! Napisałem ja. Komentarze mile widziane.

Comments 10