“They are us”

Diary of the Dead (2007) – technicznie nie należacy do serii obejmującej Night of the Living Dead (1968), Dawn of the Dead (1978), Day of the Dead (1985) i Land of the Dead (2005) – miał generalnie słabe recenzje, prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, że większość osób oczekiwała po kolejnej produkcji Romero horroru ze wszystkimi przynależnościami tego gatunku. W tych kategoriach film rzeczywiście nie oferuje zbyt wielkich dreszczy ale … ale tak naprawdę Romero nigdy nie stawiał na pierwszym miejscu przerażenia widzów i krwawych efektów – chociaż i jedno i drugie towarzyszy jego filmom. Od samego początku reżyser używa zombies jako metafor aktualnych bolączek Ameryki czy nawet świata – w przeszłości były to napięcia społeczne, klasowe czy rasowe. Diary of the Dead to obraz o kompulsywnym filmowaniu i oglądaniu we wszystkich możliwych konfiguracjach składający się z materiałów nie tylko z ręcznej kamery (a w zasadzie kilky z nich) ale telewizji przemysłowej, dzienników telewizyjnych czy clipów z YouTube.

Najprostszym odczytaniem go byłaby więc krytyka podejścia “jeśli nie jest to sfilmowane to sie nie zdarzyło” – w rzeczywistości ocena Romera jest nieco bardziej złożona. Owszem, żyjemy w świecie, w którym media wciskają się w każdy zakątek życia ale świat ten jest jednocześnie miejscem w którym w wyniku owej inwazji wideo (w najszerszym tego terminu znaczeniu) doszło do zamazania (chociaż może wciąż jeszcze nie unicestwienia) granic pomiędzy tym co prawdziwe i tym co symulowane (cf. Baudrillard – “Precesja symulakrów”). Jest to świat, w którym 9/11 zostają zastąpione inwokowanym przez bohaterów filmu 24/7 – the footage must go on. W konsekwencji jednoznaczne oceny stają się trudne. Jednym z wielu przykładów takiego zamazania jest paralelizm sceny kreconej przez bohaterów z początku filmu, w której mumia ściga aktorkę z wydarzeniami pod jego koniec, kiedy to ten sam aktor grający mumię – tym razem już jako zombie – goni za tą samą dziewczyną. Na początku dziewczyna narzeka na sztampowość podobnych scen (dlaczego kobiety zawsze muszą sie potykać, dlaczego muszą zawsze uciekać w wysokich obcasach, dlaczego zawsze rozdziera sie im sukienka ukazując piersi etc etc.) – dokładnie te same sytuacje powtarzają się w realu. Znaczenie tego ostatniego słowa jest dalej skomplikowane faktem, iż zawartość Diary of the Dead jest przedstawiona zarówno jako dokumentalna relacja z tego, co dzieje się w świecie jak i film o tytule The Death of Death (tytuł tak absurdalny, że może być tylko prztyczkiem wymierzonym przez Romero przemysłowi horroru) kręconym przez Jasona. On sam, ugryziony przez jednego z zombies, prosi pod koniec “shoot me”. Normalnie, jego prośba mogłaby być odebrana dwojako – w tym filmie zawiera w sobie zarówno jedno jak i drugie znaczenie – strzał w głowe zostaje utrwalony na taśmie.

Diary of the Dead jest również obrazem o autonomicznej technice, szczególnie medialnej, która nie potrzebuje już ludzkiej intencjonalności. Kiedy film kończy się, nie jest jasne czy ktoś z głównej grupy bohaterów przeżyje ale też obecność potencjalnnych widzów nie wydaje się być aż tak ważna. Tak długo jak sekwencje pozostają zapisane na taśmach i twardych dysków notebooków, zarejestrowane wydarzenia stają się i są oficjalną prawdą o świecie. A prawda nie wymaga świadków – drzewo w lesie zdecydowanie pada. W innych miejscach owa autonomia objawia się w momentach, kiedy z różnych powodów Jason nie jest w stanie kontynuować nagrywania: aktywne kamery domowe, których właściciele dawno nie żyja bądź błąkają się po okolicy jako zombie dostarczają zapisu w obfitości.

Jak zwykle u Romera występuje też odwrócenie tradycyjnych ról społecznych – szczególnie kobiecych, rzadziej rasowych. To kobiety są w tym filmie bardziej zdecydowane i decyzyjne. Mężczyżni albo się podporządkowują albo pozostają na marginesie (jak profesor).

Diary of the Dead dosłownie traktuje o tym jak zombie przedstawiać i jakie znaczenia mają reprezentacje w świecie, w którym reprezentacja jest bytem i vice versa. Jak mówi to w pewnej chwili jedna z bohaterek: “they are us.”

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *